uwagi: gore (niskie stężenie, ale zawsze); wulgaryzmy
beta: nie
Kamień.
Twardy kamień, ciężki i jak gdyby żywy. Kotłujący się w jej wnętrzu,
rozgniatający organy, a czasem podchodzący aż do samego gardła, uniemożliwiając
złapanie oddechu. Frustracja, która rosła wewnątrz niej zdawała się przyjmować
materialną formę.
Czując ukłucie w brzuchu, Lizzy podkuliła nogi. Kubełek, już na wpół
roztopionych, lodów czekoladowych wywrócił się obok, brudząc kanapę. Trzymając
nadal w ustach łyżeczkę, dziewczyna z nienawiścią wpatrywała się w postacie na
ekranie telewizora. Piękne, smukłe, nienaganne, beztroskie. Szczęśliwe. A ona?
Nie, w swoim mniemaniu nie była taka. Miała jednak kubełek pysznych lodów,
który dawał jej wprawdzie endorfiny, ale również zatruwał myśli. Dobrze
wiedziała, że za każdym razem gdy siedzi na kanapie, bezsensownie gapiąc się w
telewizor i pakując w siebie przy tym niewyobrażalne ilości cukru i tłuszczu,
nie zmieni swojego życia. Z drugiej strony, co miałaby zmienić? Co by nie
uczyniła, do końca życia pozostanie życiową ofiarą, niepotrafiącą spojrzeć na swoje
odbicie w lustrze.
Może to wina lodów. Lecz któż oparłby się ich smakowi? Jedzenie dawało
szczęście, po co samemu odmawiać sobie do niego prawa? Lizzy miała ochotę
zwymiotować wszystkie lody, które do tej pory pochłonęła. Do diabła z takim
szczęściem.
Kuląc się, miała nadzieję na szybkie i niezauważalne odejście z tego
świata. Tak nagle, po cichutku, bez pozostawiania jakiegokolwiek śladu po sobie.